Taką odwieczną małą radością Szpilkowej Mamy są Włochy i wszystko co z nimi związane. Marzy, że kiedyś tam jeszcze wróci i będzie ją stać, by na spokojnie powłóczyć się po tych małych klimatycznych miasteczkach, posłucha tego śpiewnego języka i zobaczy tych ówczesnych chłopaków, którzy teraz chwalą się coraz większymi brzuszkami, co to gwarantowali jej "amore per sempre". :)
Jest w domu taka książka - chyba najbardziej wartościowa z książek dla Mamy. Czterotomowy słownik włosko-polsko-włoski. Średnio porywająca lektura, ale do dziś gdy przypomina się Mamie, jak wychodziła z kolejnych korepetycji i odkładała kolejne pieniądze do kasetki "na słownik", jak wreszcie miała uciułane te dwie nadprogramowe stówy i poleciała na Krakowskie Przedmieście już o ósmej rano, by nabyć słowniki od pana ze straganu, z jaką dumą nosiła te książki w reklamówce przez cały dzień, z jaką melancholią te słowniki do dziś z kurzu przeciera (stoją oczywiście w salonie na honorowym miejscu), to tak sobie Szpilkowa Mama myśli, że niewiele zakupów w życiu przyniosło jej taką frajdę.
Wczoraj miała Szpilkowa Mama małe przypomnienie tego zdarzenia sprzed dziesięciu lat. Otóż, znalazła ona skan książki "nie do dostania" - do włoskiego, a jakże! - której długggo szukała. Ponad 400 stron, około 90 lekcji - tzw full wypas! (inna sprawa, że nie wie, kiedy będzie miała czas na naukę tegoż).
Jechała Szpilkowa Mama do domu i głaskała te kartki i już sie napawała myślą, jak siądzie wieczorem z winkiem i się pouczy. Przyniosła te drogocenne kartki do domu, na co dziecię zareagowało "Ooooo duzio kaltecek, duzio!!! Polysujemy jaziem na nich?" Schowała je więc Szpilkowa Mama najgłębiej jak się dało ;)
A już za chwileczkę, już za momencik - będzie weekend. Aaaaależ dobrze!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz