Czasem są takie chwile w życiu, że żadne słowo, żaden czyn, żaden dotyk nie pomaga. W środku duszą się łzy, które nie mogą i nie chcą wypłynąć. I niby nie stało się nic, nic nowego, nic szczególnego - jakiś spadek temperatury, jakaś nadzieja rzuciła się z trzynastego piętra, komuś stanął świat na moment.
Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, na ile starczy mi jeszcze sił - by skończyć walkę lub by ją kontynuować. Wiem, że mam w głowie straszny bałagan i wielki żal do świata.
I nie. Nie mam doła, nie wracam do tego stanu sprzed kilku miesięcy, ale nie wierzę w łut szczęścia po prostu. Jak w niego wierzyć po 2.5 roku bezskutecznych prób, po przerobieniu tysięcy pomysłow, kilkunastu lekarzy, różnych scenariuszy leczenia? To w moim przypadku już drugie próby - niby lepiej, bo jeden mały-wielki sukces śpi w pokoju za ścianą, ale jednak gorzej, bo wiem, jak smakuje coś, czego pragnę, a czego nie mogę osiągnąć - a ta świadomość jest paląca. Są takie dziewczyny, które raz już przeszły przez to piekło i dostają od Boga bonus, gratis, drugie szczęście - tak wiem, tak znam takie, ale widocznie ja jestem poza tą listą. I chyba czas się z tym godzić.
Dziś próbowałam sobie wyobrazić ile leków przez te lata zjadłam - czy to będzie duża reklamówka, czy jeszcze jednak niebyt wielka. Przytłaczające są takie myśli..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz